NIELUDZKIE SZKOŁY KANADY
Krzysztof Mączkowski

Walka o wolność, o autonomię kojarzy się nam często z akcją zbrojną lub politycznymi akcjami i protestami. Okazuje się, że walka o samostanowienie, o zachowanie własnej kultury, o wolność (religijną, polityczną itp.) na gruncie amerykańskim przez długie lata odbywała się na polu oświatowym. Agresorami byli biali, częstokroć chrześcijańscy, nauczyciele, dyrektorzy szkół i internatów, władze stanowe (w USA) i prowincjonalne (w Kanadzie), a bronili się Indianie, indiańskie dzieci siłą wcielane do „białego systemu wychowawczego” i ich rodzice. Świadomie biorę te słowa w cudzysłów, bo ów system był tak naprawdę systemem represyjnym, z wychowaniem nie mającym zbyt wiele wspólnego.
Do tak zatrważających refleksji sprowokowała mnie książka polskiej dziennikarki i publicystki Joanny Gierak – Onoszko, która napisała porażającą książkę pt. 27 śmieci Toby’ego Obeda (wydawnictwo Dowody Na Istnienie, Warszawa 2019).
Do lektury tej opowieści przystępowałem z wielkim strachem, przeczuwając, że nie będzie to łatwa lektura. I nie była. Powiem więcej, to jedna z najbardziej przygnębiających książek, jakie w życiu przeczytałem.
Autorka potrząsa swoim czytelnikiem od samego początku. Oto tytułowy bohater budzi się w szpitalu po jakimś straszliwym chlaniu bez ręki i nogi. Lekarze, co prawda, wybudzili go z długiej śpiączki, ale kończyn nie uratowali. Jego pijaństwo jest konsekwencją jego koszmarnych przeżyć z przeszłości. Zaczyna się powolne wprowadzenie w życie Indianina, który przeszedł przez piekło kanadyjskiego szkolnictwa.
Jest moim rówieśnikiem. Gdy ja przeżywałem spokojne życie nastolatka, Toby Obed zostaje siłą zabrany z rodzinnego domu przez kanadyjską policję, która grozi jego rodzicom, stawiającym opór, że zabiorą im rządowe dotacje. Zaczyna się odzieranie Obedy, często z użyciem siły, z jego tradycji, religii i kultury. A tytułowy bohater to jedynie symbol tego wszystkiego, co się działo właściwie do końca XX wieku!
Bicie batem, zamykanie w ciemnej komórce, głodzenie – to tylko niektóre z szerokiego pakietu metod terroru stosowane za używanie indiańskiego języka. Mimo, że Toby ma dziś tę traumę dawno za sobą, cały czas wspomina to wszystko z przerażeniem: Wciąż się bałem, co znów mi zrobią. Potem już całe życie wyczekiwaliśmy, skąd padnie cios. Całe życie na czworakach, skuleni.
Gdy szkoły zlikwidowano, indiańskie dzieci nie przywrócono rodzinom, a rozproszono po rodzinach zastępczych. Bez względu na to, czy miały rodzeństwo, czy nie. Rodzeństwo Obedy rozproszono po kilku rodzinach tak skutecznie, że jedną ze swoich sióstr spotkał dopiero po … 30 latach! W każdym domy było inaczej, ale chyba we wszystkich mnie bili.
Książka Gierak-Onoszko jest jednym wielkim oskarżeniem anglosaskiego, cywilizowanego, chciałoby się powiedzieć, świata. Świata bezdusznych nauczycieli, księży, urzędników i polityków.
Inny z bohaterów książki, Louis Knapaysweet, żył w katolickiej szkole im. Św. Anny w Fort Albany. Opowiadał o nim jak o filmie, … a konkretnie jak „Pasja” Mela Gibsona […] Przecież to o mnie, pomyślał w pierwszej chwili Louis, poprawiając się w fotelu przed telewizorem. Ale zaraz doszedł do wniosku, że różnic jednak jest sporo. Najważniejsza to ta, że kiedy skóra na plecach pękała od uderzeń bicza i grzbiet zalewał się krwią, Jezus miał trzydzieści trzy lata. A Louis tylko dziesięć.
Jeśli czytamy, że w jednym z katolickich kampusów najlepszym miejscem był … szpital, to znaczy, że skala przemocy wobec indiańskich – czy szerzej, tubylczych – dzieci była potworna. W szpitalach karmiono je mięsem i rosołem, dawano zabawki, które – co prawda – należało oddać po zakończeniu leczenia, ale to nie szkodziło. Nie było tam bicia, tylko spokój i jedzenie.
Nie można obojętnie przebrnąć przez fragmenty książki, gdy się czyta, że nic dziwnego, że niektóre dzieci próbowały się tam dostać, a to podduszając się, a to wieszając. Inne celowo narażały się na urazy, odmrożenia i złamania. Ale złamana noga to był żaden paszport – do szpitala trafiały tylko dzieci w naprawdę ciężkim stanie.
I tak co chwila. Co strona, co rozdział…
Nie ma sensu przytaczać tu drastycznych „zabaw” szkolnych sadystów, którzy do sypialni dzieci przybywali z „kotem o dziewięciu ogonach”, czyli z specjalnym rodzajem pejcza z uplecionymi rzemieniami, często przeplatanymi kulkami lub gwoźdźmi, i innych równie potwornych, jednak warto uświadomić sobie, że takie praktyki nie zakończyły się z końcem XIX w, ale trwały do końca kolejnego – mniej więcej wtedy, gdy Polska z cienia komuny wybijała się na niepodległość… Tak więc, gdy polskie dzieci chodziły do ciepłych szkół często z obiadami w świetlicy, indiańskie były katowane, gwałcone, zmuszane do jedzenia swoich wymiocin, a nawet sterylizowane.
Ludzie objęci „systemem oświaty” są po dziś dzień nazywani w Kanadzie „ocaleńcami”, czyli tymi, którzy ocaleli – i to dosłownie – z „cywilizowanego” systemu „oświaty”. Do niedawna ocaleńcami był tylko ci, którzy przeżyli Shoah, dziś również ci, którzy przeżyli prowadzone przez Kościoły szkoły z internatem. „Jestem ocaleńcem” to już prawie to samo, co „jestem po kościelnym internacie”.
Przyzwyczailiśmy się do „Kanady pachnącej żywicą”, do Kanady otwartej, życzliwej i tolerancyjnej. Ale miejmy też świadomość tego, że znany nam dziś obraz tego kraju to kwestia ostatnich kilku lat, od czasu, gdy premierem został Justin Trudeau. Przed nim był Stephen Harper, który nie tylko chciał niszczyć święte ziemie Indian, ale przez wiele lat kwestionował terror w szkołach dla Indian albo udawał, że problem mordowania i tajemniczych zaginięć tubylczych kobiet nie istnieje. Gdy na jaw wyszło wyjątkowo paskudne morderstwo dokonane na jednej indiańskiej dziewczynce, mówił, że to smutny, ale wyizolowany incydent i nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. To przypadek dla socjologów, a nie kryminologów.
Dopiero ogólnoindiański protest Idle No More! (Dość bierności!) w 2012 / 2013 r. zmiótł go z fotela premiera i otworzył drogę do premierostwa liberałom. Przez kilka miesięcy światową opinię publiczną elektryzowały masowe marsze Indian przez największe miasta Kanady, muzyczne i taneczne indiańskie flashmoby w galeriach handlowych zwracające uwagę na problem eksterminacji ludów tubylczych Kanady, a także blokady rond i ulic w miastach, czy transkanadyjskich linii kolejowych i autostrad.
Harper poniewczasie zorientował się, że ta fala niszczy reputację jego konserwatywnemu obozowi politycznemu i pospiesznie zaczął przepraszać za kanadyjską niesprawiedliwość wobec wspólnot tubylczych. Było jednak za późno. Indianie przechylili szalę zwycięstwa na rzecz obozu Trudeau.
To, na ile Trudeau spełnił indiańskie oczekiwania, to sprawa na inną dyskusję, jednak to właśnie za jego rządów zaczęto wyjaśniać co się działo w kanadyjskich szkołach i internatach, to za jego kadencji zaczęto śledzić przypadki masowych zaginięć indiańskich kobiet.
Masowe uprowadzenia Indianek, gwałty na nich i morderstwa to proceder znany w Kanadzie i USA od bardzo dawna, ale dopiero od niedawna trafił do głównych wydań wszystkich mediów. Dziś problem nazwany MMIWG (Missing and Murdered Indigenous Women and Girls) jest powszechnie znany, również z powodu czytelnej symboliki – np. wieszanie na drzewach czerwonych sukni, malowanie na twarzach czerwonego odcisku dłoni (symbolizującego zasłanianie ust krzyczących w bezradności kobiet) to stałe elementy tej kampanii.
Ma ona na celu nie tylko przypominanie o dramacie wielu bezimiennych ofiar, ale celem jest również kształtowanie społecznej świadomości o skali problemu i o tym, jak temu przeciwdziałać. Jedną z metod przeciwdziałania tej przemocy jest uświadomienie sobie co do niej prowadzi, co do niej zachęca. Częstokroć owej przemocy dokonujemy w sferze języka i pojęć. Ktoś, kto lubi westerny ze zdumieniem przeczyta, że popularne tam słowo squaw, pochodzące z języka algonkińskiego określenie kobiety. Z czasem jednak osadnicy zaczęli bawić się nim w swojej wyobraźni i nasycili swoimi fantazjami. W piosenkach, opowieściach i filmach rdzenne kobiety zaczęto przedstawiać jako nienasycone dzikuski, zawsze skore do niezobowiązującego wyuzdanego seksu. […] Wpisano je w dyskurs świętej ladacznicy, rozpustnej dzikuski, grzesznej i chutliwej władczyni. […] W narracji przywiezionej z Europy i nagłaśnianej przez duchownych rdzenne kobiety widziano jako łatwo dostępne, wręcz darmowe. Dlatego z czasem po prostu je sobie brano – jak rzecz, a czasem wymieniano, jak inne dobra materialne. W oczach białych cenione były szczególnie rdzenne dziewice, już te trzynastoletnie.
Książka Gierak-Onoszko ma niewiele fragmentów, kiedy pozwala czytelnikom na swobodnego oddechu. Ale nawet wówczas przypomina o ogromnej skali niesprawiedliwości i przemocy, jakie swym indiańskim sąsiadom sprawiało cały jeszcze do niedawna kanadyjskie społeczeństwo – rząd i społeczeństwo. Rząd, bo sankcjonował zorganizowaną przestępczość wobec Indian, a społeczeństwo, bo mimo wielu głośnych przykładów problem lekceważyło.
Gierak-Onoszko sprawdza źródła, ale – co niezwykle ważne – rozmawia także z ofiarami i ich rodzinami. I dlatego z poszczególnych stron książki emanują wielkie emocje, a zwłaszcza gniew. Gniew wynikający z historycznych doświadczeń, ale także dlatego, że pewne formy przyzwolenia na przemoc w sferze symboli i pojęć utrwaliły się do dziś.
Najbardziej znanym kontrowersyjnym przykładem jest używanie przez białych indiańskich pióropuszy do zabawy. Biali nie powinni nosić naszych świętych znaków, kropka. Tak jak przecież nie nosisz pióropusza. On po prostu nie jest dla ciebie! […] Wielu celebrytów pozuje do zdjęć z ozdobnymi pióropuszami na głowach. To ignoranci, bez pojęcia o świecie. Albo ludzie okrutni, nie wiem, co gorsze. Nie można nosić cudzych regaliów, cudzych świętości jak kostiumu. Zakładanie pióropuszy to świętokradztwo.
Książka oskarża Kościoły chrześcijańskie – katolicki i protestanckie – które przez długie lata prowadziły ten antychrześcijański w całym wymiarze, antyludzki proceder. Przepraszali protestanci, milczą katolicy.
Nie należę do żadnego Kościoła, nie mam żadnego wyznania. Długo byłem bity. Nie chcę tej przemocy oddawać innym ludziom. Zamiast tego próbuję na nowo połączyć się z tym, kim byłem, nim zamknięto w szkole. […] Chodzę na nasze ceremonie, niektóre sam urządzam. Zdrowieję. Wiem, że nigdy nie pokonam demona, którego wpędzili we mnie duchowni, ale teraz umiem już kontrolować. […] Wierzę w mojego Stworzyciela, ale w żadne Kościół już nie uwierzę. Trzeba to jasno powiedzieć: dopóki katolicki papież nie uzna win Kościoła i nie przeprosi, nie ma mowy ani o prawdzie, ani o pojednaniu. Skoro tu jesteś, wytłumacz mi, dziewczyno z katolickiego kraju, jak można nie przepraszać, jak można popierać ludzi, którzy robili dzieciom takie rzeczy?
27 śmierciToby’ego Odeba jest wymownym oskarżeniem państwa kanadyjskiego, które dysponując wręcz tonami zeznań przez lata ukrywało dowody i sprawców tych przestępstw. To oskarżenie całego systemu, który traumą przemocy obłożył naprawdę wiele pokoleń kanadyjskich tubylców.
Książka Joanny Gierak-Onoszko, przy całej potwornej bezradności pokazywanej przemocy, daje mimo wszystko siłę. Siłę wiary tych ludzi. Siłę, którą biorą ze swoich pradawnych praktyk religijnych, że tak to niezgrabnie ujmę. Jeden z bohaterów opisuje to tak: Trafiłem do kliniki w New Credit First Nation. Sześć tygodni bez konwencjonalnego leczenia. żadnych leków, tylko „smudging”, okadzanie. Jeden z nas brał muszę wielkości talerzyka śniadaniowego, sypał na nią wysuszoną szałwię i podpalał. Wdychaliśmy dym, uspokajaliśmy się. Myślałem o tym, że tak samo robił mój ojciec, a przedtem jego ojciec. Wyobrażałem sobie że jestem znów w domu. To mi pomagało.
Nie dostawałem kroplówek, tylko prawo do szałwii. Żadnej zachodniej, osadniczej medycyny, tylko nasze dawne praktyki zawracania ludzi ku zdrowiu. Szybko poczułem się mile widziany i na swoim miejscu. Wszystko zaczęło się zazębiać i układać.

Warto przebrnąć przez książkę Gierak-Onoszko, warto poznać niezwykłą tubylczą filozofię, która mimo wielu lat opresji i agresji pozwalała, wpierw małym dzieciom, a potem dorosłym ludziom przeżyć, przetrwać i dalej się rozwijać.
Również po to, by nie powtarzać głupot wygadywanych przez tych, którzy z Kanady czy USA przywożą opowieści, jakimi to pijakami, leniami i narkomanami są północnoamerykańscy Indianie. W przynajmniej co drugim przypadku leżącego nieprzytomnego na ulicach Indianina kryje się jakiej traumatyczne przeżycie – i ocalenie – systemu szkolnictwa białego człowieka.

Joanna Gierak-Onoszko
27 śmierci Toby’ego Obeda
Wydawnictwo Dowody Na Istnienie
Warszawa 2019