W 2026 r. Polski Ruch Przyjaciół Indian celebruje swoje pięćdziesięciolecie. Indianistów jest w Polsce tylko około dwóch tysięcy, ale stanowią wielki fenomen kulturowy wychodzący daleko poza tę liczebność. Choć lepiej napisać „stanowimy”, bo pisząc o polskich indianistach per „oni” dokonywałbym pewnego przekłamania; sam to środowisko aktywnie współtworzę.

Wszystko w tej opowieści jest skomplikowane i wielowątkowe – od nazwy, historii i obecnej aktywności. Polscy indianiści, nie „polscy Indianie”, to najkrócej mówiąc ludzie pasjonujący się kulturami tubylczymi obu Ameryk, choć najwięcej w tym środowisku jest zorientowanych na Amerykę Północną. Polski Ruch Przyjaciół Indian (PRPI) ma w swojej nazwie słowo „Indianie”, choć narasta w Polsce narracja jakoby obrażało „rdzennych Amerykanów”, i mimo że powstał w 1976 r. – a więc w czasach, kiedy „Indianie” królowali w książkach, westernach i artykułach prasowych – nadal używa tej nazwy, bo do tego określenia niejednoznacznie podchodzą sami… Indianie.

Niektórzy z nich używają określeń „American Indian” w nazwach swoich inicjatyw i organizacji – do najbardziej znanych należą: Narodowy Kongres Amerykańskich Indian, Instytut Sztuki Indian Amerykańskich, Ruch Indian Amerykańskich, Międzynarodowa Rada Traktatów Indiańskich, Narodowe Muzeum Indian Amerykańskich (w Waszyngtonie), wydają czasopismo pn. Indian Country Today, a wiele organizacji tubylczych, zapraszając w mediach społecznościowych na swoje wydarzenia i spotkania, używa hasztagu #IndianCountry (Kraj Indian).

Jeszcze inni nie uznają innych określeń, niż „tubylczy Amerykanie” (Native Americans – w USA), „Pierwsze Narody” (First Nations – w Kanadzie), czy „tubylcy” (Indigenous – w obu krajach). Ale są też tacy, jak John Trudell, znany dakocki pieśniarz, poeta i aktywista, który mówił, że nie zna żadnego „Indianina”, żadnego „rdzennego Amerykanina”, żadnego „tubylczego narodu”, ale zna Siuksów, Komanczów, Czarne Stopy, Szoszonów itp., a więc odwoływał się – mimo wielu panindiańskich inicjatyw – do tożsamości i dumy odrębnych plemion.

Pisząc o Indianach – i ja będę używać tego określenia naprzemiennie z innymi – nie mówimy bowiem o jednym narodzie, jednym plemieniu, czy jednej tradycji i religii, a o wielu kulturach, tradycjach, wielu plemionach (narodach). To ważne uzupełnienie.

Ognisk polskiej indianistyki było przynajmniej kilka. Jedno zgrupowało się wokół Stefanii Antoniewicz (1895-1982), która w latach 60. XX w. korespondowała z Indianami z USA. To ona namawiała rozrastające się grono jej przyjaciół, by poszerzać swoją wiedzę o realnych Indianach, by uczyć się angielskiego i samemu nawiązywać kontakty z nimi. To dzięki niej do Polski trafiły numery legendarnego pisma Akwesasne Notes. To dzięki niej Polacy wiedzieli o tym, co realnie dzieje się na Alcatraz, Wounded Knee, czyli o początku „indiańskiej rebelii” z lat 60. i 70. U niej spotykali się późniejsi liderzy PRPI i ich uczniowie. Zresztą PRPI od początku czerpał paliwo z tego, co działo się wówczas w USA.

Jednak PRPI rodził się z inicjatywy wielu osób w kilku miejscach Polski, od początku jako nieformalne grupki interesujących się Indianami, również jako „kluby zainteresowań kulturą Indian” najczęściej przy miejskich domach kultury. Te najbardziej znane ośrodki tworzyli ludzie w Chodzieży, Sztumie, wspomnianej Warszawie, Poznaniu, Pucku, Rzepinie (w technikum leśnym!), Białymstoku, Koszalinie, Krakowie, Łodzi, Szczytnie, Wrocławiu, Toruniu i Trójmieście.

Jednak dopiero z inicjatywy mieszkańców Chodzieży, zwłaszcza Jacka Przybylaka, który zaproponował wspólne zloty indianistów, te ośrodki powstające niezależnie od siebie zaczęły formować swoistego rodzaju porozumienie o znanej nam do dziś nazwie Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian.

Matek i ojców – założycieli PRPI – było więcej. Poza wspomnianymi Babcią i Jackiem Przybylakiem, byli również Stanisław Supłatowicz – znany jako Sat-Okh, Leszek Michalik i wielu innych. Lista jest znacznie dłuższa, ale niech wszyscy wybaczą, że wymieniam tylko tych parę nazwisk.

Jak wspomina Marek Nowocień, kolejny legendarny współzałożyciel PRPI, pierwszy oficjalny zlot miał się odbyć w setną rocznicę bitwy nad Little Big Horn (25 czerwca 1876), jednak z powodu braku zgody ówczesnych władz, ideę zlotową udało się zrealizować rok później, w dniach 23-25 sierpnia 1977 roku w lesie nad Jeziorem Strzeleckim koło Chodzieży: To tam narodziła się trwająca po dziś dzień tradycja dorocznych ogólnopolskich letnich zlotów miłośników i przyjaciół Indian.

Sama nazwa „PRPI” zaczęła funkcjonować dopiero po V zlocie w 1981 roku, kiedy to – i znów odwołam się do Marka Nowocienia – … uczestnicy kolejnego ogólnopolskiego spotkania, zorganizowanego przez Piotra Cebulę i Andrzeja Romanowskiego w Borach Stobrawskich na Opolszczyźnie, uzgodnili i przegłosowali taką właśnie jednolitą i – jak się wydawało – uniwersalną nazwę swojego ruchu.

PRPI – i to kolejny fenomen – istnieje do dziś jako nieformalna federacja różnych podmiotów, stowarzyszeń, lokalnych klubów, grup, fundacji i indywidualnych osób. Mimo że pomysł formalizowania Ruchu nigdy nie zyskał akceptacji, wiele inicjatyw podejmowanych przez te podmioty jest sygnowanych nazwą PRPI. O tym za chwilę.

Jednym z najbardziej przełomowych momentów w historii PRPI był Święty Bieg Na Rzecz Ziemi i Życia, Sacred Run Europe 1990, który prowadził wówczas z Londynu przez Polskę do Moskwy. Święty Bieg narodził się w 1978 r., kiedy Dennis Banks z ludu Anishinaabe, legendarny współzałożyciel Ruchu Indian Amerykańskich (American Indian Movement, AIM), podjął wezwanie starszyzny kilku indiańskich plemion zebranej rok wcześniej i apelującej o odnowę indiańskich kultur i zaangażowanie młodzieży indiańskiej dla ratowania Ziemi.

Podczas 10 „polskich dni” na przełomie sierpnia i września 1990 r. – kiedy biegacze z wielu plemion, krajów europejskich i japońskich buddystów przemierzali trasę od Zgorzelca, przez Wrocław, Kraków, Warszawę, Białystok, Suwałki, Augustów po granicę z ówczesnym ZSRR – polscy indianiści po raz pierwszy mieli okazję spotkać się z „prawdziwymi Indianami”, byli zapraszani do modlitewnych kręgów indiańskich uczestników i poznawali fragmenty wielkiego duchowego dziedzictwa wielu tubylczych narodów, a także zawierali przyjaźnie trwające niekiedy do dziś. Dzięki Sacred Run dokonał się pierwszy „polski desant” na Browning w Kraju Czarnych Stóp w Montanie, gdzie jako pierwszy dotarł Jacek Piwowski, a gdzie do dziś zamieszkuje trójka naszych rodaków Kamila i Bartosz Stranz i Andrzej Gussman, co ma też konsekwencje dla dzisiejszej aktywności indianistów w Polsce.

Muszę w tym miejscu wspomnieć o niezwykłej przygodzie wspominanego już tu Marka Nowocienia, który – jako jedyny Europejczyk – w 2008 r. przemierzył całą trasę Longest Walk II z San Francisco do Waszyngtonu, organizowanego w 30. rocznicę pierwszego Marszu, którego celem w 1978 r. wezwanie amerykańskich polityków do respektowania indiańskich praw politycznych, religijnych i obywatelskich i do nowelizacji ustawodawstwa w zakresie praw Indian. Do Marka, na część trasy, dołączyła dwójka innych indianistów – Ewa Stańska i Adam Piekarski.

fot. Krzysztof Karczewski

Dodatkowo, w uznaniu za świetną organizację trasy Biegu, kilkoro biegaczy w Polski zostało zaproszonych na kolejne edycje Sacred Run – do Kanady, na trasę panamerykańską od Alaski po Santa Fe, do Japonii, na Wyspy Brytyjskie. I co ciekawe, mimo że bieganie nie jest, i nigdy nie było, głównym motywem aktywności PRPI, „indiańskie bieganie” po pewnej przerwie powróciło kilkanaście lat temu na polskie drogi. Dziś to Bieg Na Rzecz Ziemi o kilkunastoletniej już historii, który po kilku innych inicjatywach biegowych – europejskich i krajowych – stał się popularyzatorem biegania nie dla wyników i rekordów, gdzie nie mierzy się czasu i nie rywalizuje, a przeżywa wartość wspólnoty biegających i maszerujących, gdzie wrażliwość jest skupiona na Ziemi, ochronie życia na Ziemi; dla wielu indianistów pamiętających przesłanie Banksa, że „każdy krok to modlitwa”, Bieg jest wydarzeniem duchowym. Jednak Bieg Na Rzecz Ziemi nie jest jedyną, ani nawet nie największą aktywnością polskich indianistów.

Najważniejszymi formami aktywności PRPI są coroczne zloty i festiwale powwow. Zloty, PRPI, co roku organizowane w różnych częściach Polski w lipcu, to wielkie obozy, które gromadzą kilkuset indianistów mieszkających w dziesiątkach tipi (charakterystyczne stożkowate namioty Indian prerii, mylnie niekiedy nazywane wigwamami), namiotach, kamperach.

Indianiści, przybywający z całego świata, przez tydzień spotykają się – częstokroć jedyny raz w roku – i wymieniają się swoimi doświadczeniami, kontaktami, opowiadają o swoich wędrówkach do Kraju Indian, uczą (się) rękodzieła, dyskutują o literaturze, filmie i muzyce narodów tubylczych, o indiańskich wydarzeniach politycznych, spotykają się na prelekcjach, naukach śpiewu, wymieniają się rękodziełem wzorowanym na indiańskim, organizują pokazy, wystawy, turnieje sprawnościowe, organizują „indiańskie bieganie”, ale też uczą się lokalnej przyrody i kultury. I planują czas między zlotami.

Powwow z kolei, to festiwale wzorowane na spotkaniach międzyplemiennych z przełomu IX i XX w. Wówczas były to zazwyczaj letnie zgromadzenia wędrownych plemion lub spotkania międzyplemienne. Podczas współczesnych powwow w USA i Kanadzie kultywuje się stare tradycje, obyczaje, popularyzuje się kultury swoich plemion i narodów, odtwarza muzykę, tańce i pieśni.

Polskie powwow (jak i inne europejskie) odbywają się na tych samych zasadach co północnoamerykańskie, łącznie z respektowaniem etykiety powwow, zasad ubierania, poruszania się po arenie. Tu też są organizowane pokazy i konkursy taneczne dla uczestników Festiwalu, ale również wspólne tańce tzw. Intertribal, społeczne, towarzyskie, zabawy muzyczne i taneczne, do których zaprasza się uczestników spoza kręgu tancerzy powwow, obecną na Festiwalu publiczność i zaproszonych gości.

Polskie festiwale powwow były i są organizowane wiosną i jesienią w różnych częściach Polski, m.in. Toruniu, Uniejowie, Katowicach, Pszczynie, Międzyrzeczu, Poznaniu, Lubawce i innych miejscowościach, i są znaczącym elementem sieci europejskich festiwali propagujących kultury Indian z wielu regionów Ameryki Północnej. Uczestnikami powwow w Polsce są goście z USA, Kanady (czasami tubylczy tancerze), Meksyku, Niemiec, Danii, Szwecji, Anglii, Czech, Słowacji, Litwy i Finlandii, Szkocji, Francji, dawniej również z Rosji. Mamy nawet dwie polskie kapele powwow: Makha Sapa Singers i Starhorse Singers!

Ważną formą aktywności polskich indianistów jest obszar literatury. Mamy w Polsce dwa wyśmienite wydawnictwa specjalizujące się w wydawaniu literatury indiańskiej, o Indianach i tworzonej przez Indian. Pierwsze z nich, najstarsze, to znajdujące się w Wielkopolsce Wydawnictwo „Tipi”.

Założyciel „Tipi” Marek Maciołek, kolejny weteran PRPI, pisze o tej inicjatywie tak: TIPI jest małym wydawnictwem specjalizującym się w tematyce ludów tubylczych obu Ameryk. Powstało w styczniu 1992 roku z myślą o kwartalniku „Tawacin” przedstawiającym różne aspekty życia historycznych, jak i współczesnych Tubylczych Amerykanów (Native Americans).

Samo Pismo Przyjaciół Indian „Tawacin” (wym. tałaczin, w języku Siuksów znaczy „wola, poznanie, mądrość”) powstało jesienią 1985 roku w Poznaniu, ukazywało się w latach do 2010 r. (łącznie wydano 88 numerów) i było największym w Europie specjalistycznym wydawnictwem o ludach tubylczych obu Ameryk.

Obecnie „Tipi” publikuje wyłącznie książki, głównie historyczne, ale od pewnego czasu także literaturę piękną tworzoną przez indiańskich pisarzy. Marką rozpoznawczą wydawnictwa jest, ukazująca się od 1998 roku, seria monografii „Wielkie plemiona Ameryki”, których autorami są polscy pisarze i badacze.

Drugim, znacznie młodszym wydawnictwem jest Foxes Books, jak sami o sobie piszą, to małe rodzime wydawnictwo, specjalizujące się w tłumaczeniach materiałów źródłowych oraz książek o tematyce indiańskiej. Tu też można znaleźć wiele interesujących pozycji o kulturze wielu preryjnych i leśnych plemion.

Bardzo ważną aktywnością polskich indianistów są tłumaczenia. To spore wyzwanie, zważywszy na to, że pisarze tubylczy z USA i Kanady co prawda poruszają w swych książkach wiele problemów XXI w., znanych z Europy, ale naznaczonych swoimi doświadczeniami. To oznacza, że do ich tłumaczenia nie wystarczy tylko znajomość języka angielskiego, w którym piszą najczęściej, i wiedza ogólna o realiach naszych czasów, ale i znajomość unikatowego tubylczego spojrzenia na świat. Indianie, korzystający z literatury jako jednego z najbardziej wyrazistych środków wyrażania swoich emocji i opisywania znanego nam świata ich systemem wartości, często posługują się symbolizmem, słownictwem przynależnym danej kulturze. Również pewnego rodzaju slangiem, w zależności od adresatów swoich książek.

Polscy tłumacze literatury indiańskiej są coraz częściej zapraszani przez inne popularne wydawnictwa do konsultowania jakości „zwykłych tłumaczeń” z języka angielskiego.

Będąc jeszcze przez chwilę przy temacie wydawniczym, warto wspomnieć o Magazynie Wyspa Żółwia, który od 10 lat jest jedynym polskim, i jednym z niewielu europejskich, czasopism o kulturach tubylczych Ameryk. Wydawany w Poznaniu porusza przekrojowo tematykę indiańskiej sztuki, polityki, spraw społecznych, kultury, duchowości. Magazyn omawia wiele aspektów kultur indiańskich i inicjatyw indianistycznych, w tym wkład kultur tubylczych do dziedzictwa kultury światowej, a także sprawy odnowy społeczności indiańskich w Ameryce.

Najbardziej charakterystyczną formą aktywności polskiego środowiska indianistycznego jest popularyzacja sztuki, historii i rękodzieła indiańskich plemion – w wielu miejscach kraju istnieją tzw. „wioski indiańskie”, gdzie zwiedzając można poznać kultury plemion preryjnych i leśnych, plemion Południowego Zachodu, Północnego Zachodu i innych kręgów kulturowych, w zależności od specjalizacji wioski.

Dużą popularnością cieszy się aktywność grupy Huu-Ska Luta z Torunia, która jest znana z organizacji specjalnych pokazów w ramach tzw. mobilnej wioski indiańskiej, pokazów tańców i kampanii edukacyjnych. Pokazom tańców i opowieściom o kulturach poszczególnych plemion towarzyszy zazwyczaj wystawa replik rękodzieła indiańskiego (np. tomahawki, pokrowce na noże, tarcze, repliki karabinów, włócznie, łuki i maczugi, stroje męskie, kobiece i dziecięce oraz typowe przedmioty codziennego użytku wykonane z naturalnych materiałów: siedziska, torby z surowej skóry typu parfleche, torby podróżne, dziecięce nosidełka i lalki, kubki, miski i sztućce z rogu, grzebienie z kości, dziecięce zabawki, indiańska biżuteria i ozdoby oraz instrumenty: bębny, grzechotki, flety).

Równie popularne są grupy rekonstrukcyjne odwołujące się do konkretnych epok. Myślę tu np. o Grupie Rekonstrukcji Historycznej Monongahela 1755. To grupa stworzona przez znawców historii i szeroko pojętej kultury Indian ze Wschodniego Obszaru Leśnego Ameryki Północnej. Jak wyjaśniają: Nazwa stowarzyszenia pochodzi od miejsca słynnej bitwy z roku 1755 nad rzeką Monongahela w trakcie wojny Francuzów i Indian z Brytyjczykami. Uczestnicy Grupy odtwarzają stroje i tradycje Indian leśnych z XVIII wieku – czyli z okresu wojen angielsko-francuskich na kontynencie.

Inną grupą, o podobnym charakterze, jest GRH Ticonderoga 1758, która – podobnie, jak Monogahela – prowadzi działalność  edukacyjną przedstawiając życie codzienne zarówno Indian, ale i białych kolonistów w XVIII-wiecznej Ameryce Północnej. Szczególnie widowiskowe są rekonstrukcje historycznych bitew toczonych pomiędzy Anglią i Francja (podczas tzw. French and Indian War) oraz walk z okresu wybijania się Stanów Zjednoczonych na niepodległość.

I nnym projektem realizowanym przez polskich indianistów jest Made in Native America (MiNA) – kilka lat temu wyłącznie letni „festiwal kultur indiańskich” – szeroko zakrojony projekt edukacyjno-informacyjny. Jego celem jest przypominanie indiańskiej historii kontynentu, jak i pokazywanie jej współczesności. MiNA skupia się na wielobarwności społeczności indiańskich z rezerwatów i miast. Jak czytamy na stronie: pokazujemy Tubylczych Amerykanów takimi, jacy są: jako wojowników, ale i lekarzy, naukowców, aktywistów ekologicznych i społecznych, liderów politycznych i religijnych; pokazujemy Indian jako ważną część społeczeństw Kanady, Stanów Zjednoczonych Ameryki, Meksyku ale też innych państw zachodniej półkuli.

Elementami MiNA, poza wspominanym już Magazynem Wyspa Żółwia, są festiwal i portal amerykaindianska.pl. Festiwal MiNA to dziś wielotematyczny regionalny projekt, na który składają się zarówno popularne zajęcia edukacyjne z pokazami tańców indiańskich, jak i spotkania literackie z wydawcami i tłumaczami książek o tej tematyce, debaty młodych czytelników ze szkół średnich wokół „książek roku”, prelekcje w szkołach średnich i na uczelniach. Jednym z ważniejszych osiągnięć MiNA sprzed dwóch lat jest debata tłumaczy z udziałem znawców tematyki z Polski, Włoch, Stanów Zjednoczonych, która nakreśliła specyfikę tłumaczeń literatury tubylczej.

Projekt MiNA z „Wyspą Żółwia”, portalem, festiwalem MiNA, prowadzi formalnie Fundacja Bieg Na Rzecz Ziemi zarejestrowana kilkanaście lat temu, która powstała wyłącznie do formalnej obsługi kolejnych edycji Biegu, a z czasem zaczęła prowadzić szerszą działalność edukacyjną – łącznie ze współorganizacją wielkopolskiego Festiwalu Culture4Climate, który nie jest inicjatywą indianistyczną, ale zawsze pojawiają się tam filmy tworzone przez tubylczych twórców.

Nie sposób nie wspomnieć o Polskim Stowarzyszeniu Przyjaciół Indian, które przechodziło podobną ewolucję. PSPI formalnie zostało zarejestrowane w 1990 r., kiedy indiańscy liderzy Świętego Biegu i polskie urzędy potrzebowały formalnego podmiotu do podpisywania umów w sprawie organizacji polskiego odcinka Sacred Run.

Pierwotnie PSPI miało być tworem tymczasowym, ale z czasem przeważyła opcja kontynuowania działalności. Jest dzisiaj najbardziej „polityczną” organizacją indianistyczną w Polsce, to znaczy angażuje się w akcje poparcia dla politycznych inicjatyw samych Indian. Prowadzi przy tym intensywną działalność edukacyjną.

Ale PRPI to przede wszystkim ludzie, często formalnie nigdzie nie angażujący się, a prowadzący działalność rękodzielniczą, popularyzatorską w szkołach i domach kultury, angażujący się w promocję kultur indiańskich przy okazji najróżniejszych lokalnych i regionalnych inicjatyw w ogóle nie związanych z Indianami. Uczą tańca i śpiewu, piszą książki dla dorosłych i bajki dla dzieci, organizują odczyty i wystawy, uczą malarstwa. To masa najróżniejszych inicjatyw rozsianych po całej Polsce.

Na początku wspomniałem o „polskim desancie” w Montanie i o kontaktach z Indianami. Dzięki znajomościom z Czarnymi Stopami mieliśmy okazję gościć w Polsce dużą grupę Blackfeetów i Siuksów w 2003 r. na pikniku archeologicznym w Biskupinie, którzy zresztą, już w mniejszych liczebnie składach, pojawiali się później w Gdańsku, Łęgowie, Chodzieży i innych miastach. Wielu polskich indianistów zostało zaproszonych do blackfeet’ckiego kręgu duchowego.

Indianie odwiedzają polskie powwow, byli na Biegu Na Rzecz Ziemi, bywali też gośćmi nieindianistycznych wydarzeń, m.in. Millenium Docs Against Gravity Festival, Festiwalu Culture4Climate, akademickiego American Indian Workshop, na klimatycznych COPach. Mało tego, przez pewien czas trenerem polskiej reprezentacji lacrosse’a był Heath Garlow z narodu Seneca (Liga Irokezów).

Wielu Polaków jeździ tam i spotyka się z przedstawicielami różnych plemion, przy okazji najróżniejszych okazji – festiwali, konferencji, warsztatów. Polacy wizytowali rezerwaty Siuksów, kilku szczepów Czarnych Stóp w USA i Kanadzie, Szoszonów, Arapahów, Komanczów, Indian Kiowa, Nawahów, Pueblo i innych, miejskie ośrodki kulturalne Indian w Seattle, Chicago czy Waszyngtonie.

Nie wspomniałem o przebogatej pracy naukowej wśród wielu polskich naukowców, prowadzących najróżniejsze badania i projekty naukowe – archeologiczne, etnologiczne, językowe, kulturoznawcze, społeczne, środowiskowe w tubylczych społecznościach.

O wielu innych sprawach nie wspomniałem. Nie dlatego, że ich nie ma, ale dlatego, że jest ich tak wiele…

Krzysztof M. Mączkowski

 

Tekst pod tytułem „INDIANIE ZNAD WISŁA RIVER” ukazał się w lutowym numerze 2/2026 Miesięcznika Odra.

 

Fotografia tytułowa: Sławka Tomaszewska | Stykówka