Książka Magdy Działoszyńskiej-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności jest dla mnie przede wszystkim sentymentalnym powrotem do momentu kilkudniowego – ale silnego emocjonalnie – pobytu w tym mieście. To był pierwszy powód, że po nią sięgnąłem.

Ale też drugim, równie poważnym, było to, że w polskiej literaturze mało jest opowieści o mieście z zachodniego wybrzeża USA, które stoi w swoistego rodzaju opozycji do Nowego Jorku, znacznie bardziej wśród Polaków popularniejszego – a szkoda, bo jest równie interesujące, jak jej miejska siostra po wschodniej stronie kontynentu.

O Nowym Jorku mówi się jako o stolicy świata, mieście, które nigdy nie zasypia (kto zna np. serial W garniturach potwierdzi to), ale San Francisco – miasto, które bezczelnie zasypia o nocnej porze – kusi swą historią, współczesną oryginalnością, odmiennością i czymś jeszcze, wyczuwalnym tam na miejscu, czego nawet po lekturze książki Działoszyńskiej-Kossow nazwać nie umiem.

Miasto na skraju zachodu

San Francisco kojarzymy z bitnikami, kontrkulturą, Czarnymi Panterami. Nieprzypadkowo. Działoszyńska-Kossow tłumaczy skąd się to bierze: nie tylko ze skomplikowanej hiszpańsko-amerykańskiej historii, ale również z powodu swego położenia „na skraju zachodu”.

Dla Amerykanów to tu kończy się świat zachodni, a właściwie tu przebiega granica między Zachodem a Wschodem. To tłumaczy silną obecność Orientu w mieście. Atmosferę Orientu do San Francisco w XIX wieku sprowadzili Chińczycy, tworzący pierwsze w USA Chinatown, ale też japońscy więźniowie z II wojny światowej przetrzymywani niedaleko w obozach jenieckich.

San Francisco to miasto kontrastów – nieprzyzwoitego bogactwa i upokarzającej biedy. To miasto przemysłowej historii, ale i oddychające kulturą. To miasto będące początkiem szlaków wojennych wielu Amerykanów wypływających na lotniskowcach, ale też miasto ich końca, gdy wracali po wojnie do domów.

To miasto trzęsień ziemi i rewolucji demograficznych (w czasach napływu chciwych poszukiwaczy złota i czasach powojennej demobilizacji wojska USA), jak i miasto – jak ostatnio z zapartych tchem obserwowaliśmy – ogromnych pożarów.

To miasto-symbol amerykańskiej alternatywy, ale też poważnej polityki. To właśnie tu, miejscu dokąd „zewsząd ze świata” było podobnie blisko, w 1945 r. została powołana ONZ. Co dziwne, w tym miejscu jest dziś cicho i biednie – przestrzeń została zawłaszczona przez tamtejszą biedotę.

Miasto bez Indian

San Francisco w książce Magdy Działoszyńskiej-Kossow jest miastem bez Indian. Owszem, są wspomniani jako historyczni właściciele tych ziem, wybici przez hiszpańskich i amerykańskich kolonizatorów, ale potem znikają.

Nie, nie chodzi mi o to, by Indianie pojawiali się w każdej książce o Ameryce, ale akurat w książce o San Francisco bardzo ich brakuje, bo odcisnęli na mieście mocny ślad. To tu mieści się siedziba Międzynarodowej Rady Traktatów Indiańskich, jedna z ważniejszych tubylczych organizacji praw człowieka, to właśnie tu, na wyspie Alcatraz w latach 1969-1971, rozpoczęła się współczesna indiańska rebelia skutkująca odrodzeniem wielu indiańskich wspólnot w całych Stanach Zjednoczonych.
To tu w 1978 r. swój szlak rozpoczął Najdłuższy Marsz, jeden z najbardziej znanych indiańskich marszów protestacyjnych do Waszyngtonu, w obronie praw tubylczych. Pisanie o San Francisco bez wątku indiańskiej obecności w mieście to jak pisanie o Paryżu bez wieży Eiffela.

Autorka na online’owym spotkaniu promującym książkę, zapytana o to przeze mnie, szczerze przyznała, że to poważny błąd, ale równie szczerze deklarowała, że jeśli książka doczeka się kolejnych wydań, to wątek „indiańskiego Alcatraz” pojawi się, tym bardziej, że z weteranami tej okupacji także rozmawiała.

Rozmowy, literatura i emocje

Książka o San Francisco to zbiór odwołań do historycznych źródeł, ale poważnym jej walorem jest to, że autorka opisała miasto również słowami jego mieszkańców, przez co ta opowieść nie jest statycznym wykładem, a żywą opowieścią o mieście.

Książka Magdy Działoszyńskiej-Kossow jest kolejnym dowodem na to, że każda książka jest bogatsza, gdy czerpie z innych książek. Nie byłoby rozmówców Magdy, gdyby nie chodziła śladami Ginsberga, Kerouaca i innych wielkich nazwisk amerykańskiej literatury.

Nie dotarłaby do miejsc, do których „normalny” turysta nie dociera, a wręcz omija, nie widząc w nich niczego ciekawego. Historia San Francisco to również historia ich wielkości i historia emocji, które w tych miejscach zostały do dziś.

Widać to w tych miejscach książki, gdy Magda Działoszyńska-Kossow pisze np. o niszowych wydawnictwach, które upodobały sobie właśnie San Francisco. Bez nich nie byłoby dużej części tej książki.

San Francisco to żywe życiorysy ludzi, których losy układały się w rytm najdzikszego obrotu diabelskiego koła w parku rozrywki. To skrajnie narysowane postaci – tych z Doliny Krzemowej i tych biedaków w ulic Frisco. To rozdźwięk między młodymi gniewnymi a ich starszymi kolegami mającymi zupełnie inny ogląd świata. Rozmówcy Magdy Działoszyńskiej-Kossow pokazują jak bardzo te perspektywy się rozjeżdżają. … byłem tam, popełniałem te same błędy, uczę tego na zajęciach, ale młodzi nie słyszą. Dlatego w plemionach jest starszyzna.

San Francisco to miasto, w którym mogą żyć optymiści i pesymiści. A przewrotność tej perspektywy polega na tym, że ani w jednym, ani w drugim przypadku nie będzie się w błędzie.

Czytałem książkę za dnia i wieczorami, śniło mi San Francisco się po nocach i nawet wtedy, gdy książki nie miałem pod ręką, widziałem je oczyma wyobraźni. I dziś, gdy spisuję te słowa, pojawia mi się jako tęskne ukłucie w sercu. Dzięki Magdzie Działoszyńskiej-Kossow mogę tam wracać za każdym razem, gdy sięgnę po jej książkę. Z nadzieją, że w drugim wydaniu – poprawionym – Indianie z Alcatraz powrócą…

Krzysztof Mączkowski

Magda Działoszyńska-Kossow
San Francisco. Dziki brzeg wolności
Wydawnictwo Czarne 2020